Mam chyba wyjątkowy talent do (auto)destrukcji. No nawet rzucając kilkoma przykładami z dni ostatnich. Od nowo zakupionej torebki już po pierwszym użyciu zaczęło mi się obrywać ucho, bo nie przetrwała ciężaru mojego laptopa. No OK i jeszcze paru innych rzeczy, wiecie, jak to jest z kobiecymi torebkami. No dobra, idźmy dalej. Moje również nowe kozaki, dodające mi tak minimum 8 centymetrów do wzrostu, wyszły z dość dużym szwankiem po spacerach bydgoskimi i gdańskimi uliczkami wybrukowanymi kocimi łbami. Swoją drogą ten, kto wymyślił kocie łby, niech lepiej się nie przyznaje, bo wystawię mu rachunek, do ceny butów doliczając również straty psychiczne, czyli zszargane nerwy oraz uszczerbki na zdrowiu. Kilka razy bowiem byłam bliska śmierci, zaliczając efektowne ślizgi lub potykając się o te szatańskie wynalazki. Na tym moje niszczycielskie „zdolności” nie skończyły się. Ucierpiał także mój ząb w zetknięciu się z cukierkiem toffi. Szłam akurat do kościoła, może to znak z Góry, że naprawdę powinnam zacząć się odchudzać? Cud, że mój aparat przetrwał (chyba, wszystko na to, na szczęście, wskazuje) upadek na ziemię, gdy bardzo zręcznie go upuściłam.
A może to jakaś przenośnia ogółu mojej egzystencji? Może w tych pozornie błahych i drobnych zdarzeniach kryje się jakieś głębsze przesłanie i przyczyna moich niepowodzeń życiowych? Może tak jak z torebką w życiu biorę na siebie momentami zbyt duże ciężary, zbyt dużo chciałabym zrobić, ale mając marne środki, próby realizacji kończą się fiaskiem i generalnie tragedią. Co do butów... może trasy, które sobie wyznaczam, są zbyt odległe i zbyt trudne do przejścia jak na możliwości, którymi dysponuję. Może zbyt rzadko powtarzam sobie „mierz zamiary na siły“. Albo po prostu przeceniam swoje siły. Ktoś tam kiedyś powiedział, że „chcieć to móc“. Ja pomimo całego swojego pesymizmu życiowego jakoś często sobie te słowa przypominam. I uparcie brnę w przedsięwzięcia trudne, żeby nie powiedzieć niemożliwe, do zrealizowania. Coś człowieka pcha do tego, by robić rzeczy wielkie, choć dużo łatwiej i efektywniej byłoby zacząć od rzeczy małych. Ale widać mam upodobanie do upadków z wysoka. Bo jak pierdolnąć, to spektakularnie.
Co najgorsze, sama nie wiem, czy chcę to zmienić. Teoretycznie, myśląc zupełnie logicznie (ale to nigdy nie było moją mocną stroną), skoro i tak właściwie nigdy nie wychodzi, to może należałoby zejść na ziemię, zająć się sprawami mniejszymi, ogarnąć w jakiś rozsądny sposób życie i egzystować może bez wielkich uniesień, ale też bez bolesnych upadków. Tyle, że ja już chyba uzależniłam się trochę od tej adrenalinki, od tej ekscytacji towarzyszącej potężnym zadaniom i wielkim wyprawom. Sam proces prób realizacji sprawia, że chce mi się żyć trochę bardziej niż zwykle. Nie wiem, czy jestem w stanie odmówić sobie tego dreszczyku emocji. Zresztą cóż... to, że nie udało się milion razy, nie oznacza, że nie uda się za milion pierwszym podejściem.
A może to jakaś przenośnia ogółu mojej egzystencji? Może w tych pozornie błahych i drobnych zdarzeniach kryje się jakieś głębsze przesłanie i przyczyna moich niepowodzeń życiowych? Może tak jak z torebką w życiu biorę na siebie momentami zbyt duże ciężary, zbyt dużo chciałabym zrobić, ale mając marne środki, próby realizacji kończą się fiaskiem i generalnie tragedią. Co do butów... może trasy, które sobie wyznaczam, są zbyt odległe i zbyt trudne do przejścia jak na możliwości, którymi dysponuję. Może zbyt rzadko powtarzam sobie „mierz zamiary na siły“. Albo po prostu przeceniam swoje siły. Ktoś tam kiedyś powiedział, że „chcieć to móc“. Ja pomimo całego swojego pesymizmu życiowego jakoś często sobie te słowa przypominam. I uparcie brnę w przedsięwzięcia trudne, żeby nie powiedzieć niemożliwe, do zrealizowania. Coś człowieka pcha do tego, by robić rzeczy wielkie, choć dużo łatwiej i efektywniej byłoby zacząć od rzeczy małych. Ale widać mam upodobanie do upadków z wysoka. Bo jak pierdolnąć, to spektakularnie.
Co najgorsze, sama nie wiem, czy chcę to zmienić. Teoretycznie, myśląc zupełnie logicznie (ale to nigdy nie było moją mocną stroną), skoro i tak właściwie nigdy nie wychodzi, to może należałoby zejść na ziemię, zająć się sprawami mniejszymi, ogarnąć w jakiś rozsądny sposób życie i egzystować może bez wielkich uniesień, ale też bez bolesnych upadków. Tyle, że ja już chyba uzależniłam się trochę od tej adrenalinki, od tej ekscytacji towarzyszącej potężnym zadaniom i wielkim wyprawom. Sam proces prób realizacji sprawia, że chce mi się żyć trochę bardziej niż zwykle. Nie wiem, czy jestem w stanie odmówić sobie tego dreszczyku emocji. Zresztą cóż... to, że nie udało się milion razy, nie oznacza, że nie uda się za milion pierwszym podejściem.