piątek, 23 października 2015

Wieczna pesymistka

   Ludzie na ogół, widząc nadjeżdżający pociąg, myślą o miejscu, do których on ich zawiezie, wiążą z nim nadzieje, plany... Ja, widząc nadjeżdżający pociąg, zastanawiam się, co by było, gdybym się pod niego rzuciła. To nie tak, że mam myśli samobójcze i powinnam być pod obserwacją psychiatrów. No dobra powinnam, ale z innych powodów. Z tym pociągiem to są raczej rozważania czysto teoretyczne. Istotniejsze jest to, z czego wynikają. Sedno takiego myślenia tkwi w tym, że z góry zakładam, iż nic dobrego w tym nowym miejscu nie może mnie spotkać. Dlatego skoro ten pociąg nie może mnie zawieźć do jakiegoś lepszego świata, to może lepiej nawet nie próbować. Bo wiecie, ja jestem straszną pesymistką. Mam dużo, naprawdę dużo marzeń, planów też całkiem sporo, ale jednocześnie w nie nie wierzę. Albo udaję, że nie wierzę.
    W każdym razie nie dopuszczam do siebie pozytywnych myśli. Zawsze robię w głowie listę powodów, które sprawią, że się nie uda, praktycznie nigdy nie zastanawiając się nad tym, dlaczego może się udać. Jeśli jestem w trakcie podejmowania działań, które mają mi przynieść radość czy satysfakcję, moje poczucie niespełnienia wzrasta do gigantycznych rozmiarów. Pielęgnuję w sobie przekonanie, że nic z tego nie będzie, powtarzam sobie to cały czas. Im bliżej zrealizowania, tym więcej obaw, a wręcz pewności, że już zaraz wszystko efektownie pierdolnie. Nie potrafię pozwolić sobie na radość, że coś powoli się układa, nakręcam się, rwę włosy z głowy, bo przecież NIE MOŻE SIĘ UDAĆ, NO NIE MOŻE.
    Jakkolwiek cholernie mnie to irytuje, przezwyciężyć tego nie potrafię. Tak sobie myślę, że ten chroniczny życiowy pesymizm to mój mechanizm obronny. Że wolę wmawiać sobie, że nie wyjdzie, by uniknąć rozczarowań. Chuj, i tak ich nie unikam. Mimo, że teoretycznie przecież wiedziałam o niepowodzeniu, zawsze czuję to ukłucie żalu. Bo jednak ta wiara, którą ukrywam zawsze bardzo głęboko, tli się we mnie i w takich momentach przypomina o sobie. Mówi „Monn, nie udawaj, miałaś nadzieję“.
    Mam świadomość, że tym swoim pesymizmem zabieram sobie mnóstwo radości, a dokładam dużo stresu. To, że teoretycznie jestem przygotowana na porażkę, nie sprawia, że porażka boli mniej. Dziwnie zaprogramowałam ten swój umysł. A może w sumie nie ja. Umywam od tego ręce. I tak sobie myślę, że dobrze, iż farbuję włosy, bo w przeciwnym razie już byłoby mi widać siwe włosy. Co z tym zrobić, nie mam pojęcia. Dla jasności nie z siwymi włosami, lecz z chronicznym pesymizmem. Dlatego nie zakończę tej notki dydaktyzmem, bo nie mam żadnej dobrej rady. Nie, żeby moje rady w ogóle były dobre. Raczej nie radzę mnie pytać o radę, bo w przypływie ułańskiej fantazji mogę wymyślić coś takiego, że narobicie sobie tylko wstydu, jeśli będziecie na tyle nierozważni, by z tego skorzystać. Za to, jakby ktoś miał dobrą radę dla mnie, to śmiało, piszcie. I tak nie skorzystam.

środa, 14 października 2015

Na początek

Od pewnego czasu nęciła mnie myśl, by założyć bloga. Nie to, żebym już wcześniej żadnego nie miała. Miałam i to sporo, jednak na ogół byłam anonimową postacią i jedynie parę osób z mojego otoczenia wiedziało, że ja to ja. Ale ileż można ukrywać się pod jakimś nickiem? Teraz postanowiłam podpisywać swoje wynurzenia imieniem i nazwiskiem. Tak, żebyście mogli mnie - Monice Tomczyk powiedzieć, że jest głupia, pisze bez ładu i bez składu lub po prostu pohejtować jej brzydki ryj. Mój wrodzony ekshibicjonizm widocznie z biegiem czasu się poszerza i teraz chce objąć sferę światopoglądową. Cóż, może z wiekiem też coraz mniej obchodzi mnie to, co ludzie sobie pomyślą, gdy przeczytają, co tam mi w duszy jazgocze, bo niestety słowo „gra“, choć dużo ładniejsze, nie oddałoby tego, co naprawdę dzieje się w moim wnętrzu.
    Dlaczego dziś zasiadłam przed białym ekranem imitującym kartkę papieru, bo coś nabazgrolić? Ano dlatego, że jestem trochę wkurwiona. Z góry przepraszam wszystkie wrażliwe oczy, ale to mój blog, więc będę używać takich słów, jakich używam na co dzień, a słowo „kurwa“ we wszelkich odmianach bardzo często pojawia się w moich wypowiedziach. Chyba niewiele mam w sobie z damy. W każdym razie przekleństwa to dla mnie trochę jak psychoterapia. Jak sobie trochę poklnę, to jakoś mi lżej. Spróbujcie tej metody, polecam. Albo i nie. Wracając do mojego wkurwu. Miałam kilka opcji jak go rozładować. Pierwsza myśl była taka, by pójść na samotny, nocny spacer na plażę z nadzieją, że nikt nie postanowi mnie zabić. No wiecie, są chyba nieco przyjemniejsze sposoby na śmierć niż poderżnięte gardło czy utonięcie w morzu. Jakby śmierć mogła być przyjemna. W sumie nie wiem, nigdy nie umierałam. Drugą opcją było zjedzenie całego zapasu czekolady, jaki posiadam w swojej szafce (Dzięki, mamo!), lecz i ją odrzuciłam, bo byłabym nieszczęśliwa i gruba, a teraz jestem tylko nieszczęśliwa. Inne warianty odpadły w przedbiegach, a były to dla przykładu: uderzanie głową o ścianę, płacz w poduszkę czy zaśpiewanie „Dziwny jest ten świat“ całemu akademikowi. Przez wzgląd na szacunek dla Czesława Niemena, no bo przecież nie dla współmieszkańców nie zrealizowałam tego planu. Pozostało więc poznędzanie się nad Bogu ducha winnym AbiWordem (tak, jest taki program, stara się imitować Worda, choć średnio skutecznie, ale przynajmniej nic nie kosztuje).
    Jak już ustaliłam, jestem wkurwiona. I rozżalona. I smutna. Ale to ostatnie spowodowane jest głównie przegraną siatkarzy w ćwierćfinale Mistrzostw Europy. W tym sezonie mają ze mną wiele wspólnego: przede wszystkim  poziom pecha oraz bycie blisko, ale wciąż za daleko. Wolałam jednak, jak choć Im się układało, miło czasem cieszyć się czyimś szczęściem i traktować je prawie jak swoje. Ale to taka mała dygresja. Wracając do sedna,  jestem wkurwiona, bo trochę zwątpiłam. Mam te swoje dwadzieścia dwa lata, patrzę na ludzi, którym w życiu wychodzi. No bo spełniają swoje marzenia, robią to, co lubią i nawet im za to płacą. A ja owszem czasem robię to, co lubię, sęk w tym, że nikt nie chce mi za to płacić. Impulsem  do napisania notki był fakt, że ubiegałam się o pewne stypendium artystyczne. Jak się okazało artystyczne tylko z nazwy. Dziś zobaczyłam, kto je otrzymał. Nie było mnie na liście, ale to mniej istotne, choć przykre. Ale bardziej frapujące jest to, że część osób, która je otrzymała, jak wynikało z informacji, nie posiada pasji artystycznych. No chyba, że kreska w tym polu oznacza zdolności artystyczne, których nie da się opisać słowami. Wtedy zwracam honor.  Jeśli jednak nie, powiem tyle: trudno jest być artystą. Wiadomo, człowiek, który decyduje się na taką drogę, robi to przede wszystkim z potrzeby duchowej i dla własnej satysfakcji. Ale to nie zmienia faktu, że żyć za coś trzeba. A jak nie ma za co, to trzeba pracować. A jak nie można pracować, realizując swoje pasje, to trzeba pójść do innej pracy. A jak się pracuje, to się ma mniej czasu na tę pasję. I koło się zamyka.
    Propaguje się „ludzi sukcesu“, takie osoby, które realizując się w swoich zainteresowaniach, osiągnęły sukces, także materialny. Ale na niższych szczeblach to nijak nie funkcjonuje. Nie uważam się za kogoś wybitnego. Częściej mam ochotę wyrywać sobie włosy z głowy nad niezdarnie skleconym zdaniem, zbyt banalnym wersem lub źle wykadrowaną fotografią.  Ale staram się, cały czas próbuję zdobywać wiedzę, umiejętności. To wymaga ode mnie jednak ćwiczeń, a co za tym idzie czasu. Dostałam już w życiu parę nagród, mniejszych, większych, ale wiele razy spotkałam się z trudnościami. Mam wrażenie, że niektórzy traktują „pisaninę“ po macoszemu. No bo co to jest machnąć wiersz? Pięć minutek i z głowy! Mało kto jest w stanie traktować to jak pracę. W dodatku pracę bardzo niepewną i na ogół nie niosącą profitów finansowych. No przecież robię to dla przyjemności, nieprawdaż? Nie chciałabym, żeby ktoś odebrał notkę jako moje własne użalanie się nad sobą pod tytułem „Och, jaka ja biedna“. Założę się po prostu, że to nie tylko ja mam taki problem, że wiele osób natyka się na przeszkody, gdy woli w swoim życiu robić coś innego niż obejmować stabilną, pewną posadę z regularnym 8-godzinnym czasem pracy (tudzież 12-godzinnym, nieważne, wiadomo o co chodzi).
    Docenia się osoby, którym się udało, podziwia się je, ale trochę za mało pomaga tym, którzy chcieliby, żeby im się udało. Czasem marzenia muszą umrzeć śmiercią naturalną. Jak w jednym z wierszy Szymborskiej „Homer pracuje w biurze statystycznym. Nikt nie wie, co robi w domu“.


PS: Wersja bloga baaardzo robocza, ale chciałam opublikować post, póki jest świeży i póki się nie rozmyśliłam.